Ślepnąc od świateł – Jakub Żulczyk. Cytaty

Brudny i śmierdzący. Smakiem przypomina krew, zlizywaną z wargi tuż przed świtem, kiedy kilka chwil wcześniej ktoś postanowił na nowo umeblować ci twarz. Namacalny. Ociekający bólem, pudrujący swoje rany heroiną . Taki jest Jakub Żulczyk, taki jest Jacek (główny bohater powieści) i taka wreszcie jest książka „Ślepnąć od świateł”, która w krótkim czasie drugi raz wylądowała w moich rękach.

Instrukcja obsługi relacji międzyludzkich i podpięty pod nią paragon, który ktoś musi uregulować. Kwity z 2014 roku ważne do dzisiaj.

Najlepszym wabikiem do przeczytania całości, niech będą ponad dwa tuziny cytatów, którymi Pan Żulczyk kupił mnie bezdyskusyjnie. Emocji życzę.

W przeciętnej pracy biurowej ilość realnego czasu pracy w ciągu dnia wynosi jakieś trzydzieści procent. Reszta to Facebook, papierosy, jedzenie wiórów na lunch, sranie, walenie konia, sny na jawie.

Tak samo jak nie ma sensu wpatrywać się w ludzi. Są identyczni. Trajektorie ich ruchów, ich myśli, ich lęki są zbieżne w stu procentach. Odróżniają się tylko szczegółami. Mundurkami. Można oceniać i opisywać ludzi, grupować ich w podzbiory, katalogować, przypisywać im miejsca na własnych siatkach, mapach. Ale jesteśmy tutaj wszyscy tacy sami jak rozproszone punkty, bezładnie i bez skutku próbujące wrócić do wspólnego stanu skupienia, złączyć się w jedną plamę.

Nie licząc niektórych rodzajów raka, wszystko, co spotyka ludzi, wyrządzają sobie sami.

Dno wgłębienia pokrywała warstwa zbitego szkła, zgaszonych papierosów, zużytych kondomów. Były tu od kilkunastu lat. Odpadki po życiu. Resztki.

Po pierwsze, ludzie mówią. Mówią za dużo. Mówią bezładnie. Mówią o sobie nawzajem, za swoimi plecami. Mówią, kto komu wisi pieniądze, kto kogo ostatnio wypierdolił z interesu. Mówią, kto jest słaby, gdzie jest słaby, kiedy jest słaby. Mówią o tym, co inni mówią o innych. Mówią o tym, kto się z kim rucha. Kto kogo zdradził. Kto kogo porzucił. Mówią, aby mówić. Mówią, mówią i mówią. Piją po to, a by mówić jeszcze więcej. Jeszcze głupiej. Informacje przeciekają przez nich, lecą im z oczu, z uszu, spomiędzy nóg. Nieistotne i istotne. Te powszechnie wiadome i te poufne. Wciąż mówią. Mówią, dopóki nie padną. Mówią po to, aby za chwilę powiedzieć jeszcze więcej. Mówienie ich podnieca, rozszerza im źrenice, przyśpiesza oddech, zwilża śluzówki. Gdy jest połączone z byciem słuchanym, wtedy staje się lepsze i ważniejsze niż seks. Lepsze i ważniejsze, bo bardziej ekonomiczne. Mówienie różni się od seksu zdecydowanie korzystniejszym stosunkiem energii zainwestowanej do energii uzyskanej.

Nie mogę go znieść, bo jest taki jak dziesiątki tysięcy kolesi w Warszawie. Ma kutasa, ale nie jest mężczyzną. Nie szanuje kobiet. Nie słucha ich. Pieprzy je po to, aby odznaczyć kolejną kreskę na ścianie, pozacierać ręce przez chwilę, że teraz jest ich już trzydzieści siedem, a nie tylko trzydzieści sześć. Jest ciotą, której trzeba podcierać dupę, gotować obiadki, robić za nią pranie. Wszystko, co mówi, brzmi piskliwie jak prośby małego dziecka o zabawkę. Tym głosem, pozornie niskim, ale ze schowanym gdzieś pod spodem piskiem, każdemu opowiada wszystko. Przykleja się do ludzi lepkimi, trzymanymi przedtem w gaciach paluchami, wpycha im do głów wątpliwej jakości informacje, aby wzbudzić ich zaufanie. Żongluje sekretami. Krótko trzyma w ustach, a następnie wypluwa wstydliwe fakty. Kłamie. Łasi się. Wije. Jest miękki. Jest z tego złego miotu, który nigdy nie ma własnej myśli, suchej ręki, pełnego wzwodu. Ktoś gdzieś jeszcze się bawi, jeszcze czeka: potrzebuje więcej, chce się czego pozbyć, uśmiercić coś w obie. Ktoś chce być mądrzejszy, uważniejszy, chce wytrzeźwieć, chce lepiej pieprzyć, widzieć odrobinę wyraźniej.

Problem w tym, że nikt tutaj nie będzie widział wyraźniej. Do oczu wstrzyknięto im mleko, miotają się po swoich życiach jak oślepione zwierzęta po zamkniętych klatkach. Łakną, lgną do siebie nawzajem tylko po to, aby siebie wyrzucić i zgnieść, pozbyć się siebie za dzień, za miesiąc, za rok, a w interesach, w seksie, w przyjaźni – oszukać, wykorzystać, skłamać. Trzymają się w swojej własnej wolności jak najebany trzyma się chwiejnego słupa. Ale nie ma żadnej wolności. Nie dlatego, że ktokolwiek tym wszystkim steruje. Wolności nie ma dlatego, że wszyscy zawsze będą chcieli czegoś więcej, niż mogą mieć. Ja handluję złudzeniem, że rzeczywiście może im się to udać. Ono trwa chwilę. Jest naprawdę. Bardzo go potrzebują.

Nie jestem z Warszawy. Jestem przyjezdny. Jest taki dziwny termin, „słoik”, określający ludzi, którzy przyjechali tutaj w poszukiwaniu czegoś lepszego, wyjechali ze swoich Radomiów, Tarnowów, Koszalinów, Ostrowców Świętokrzyskich; byli najlepsi w klasie, mieli same celujące na świadectwach maturalnych. Przyjechali tutaj po indeksy, na stanowiska, po kredyty na mieszkania na Kabatach i w Nowym Wilanowie, po samochody w leasingu, po karty kredytowe, po życie. W pewnym sensie jestem jednym z nich. Jestem nawet od nich zabawniejszy. Przyjechałem do Warszawy z Olsztyna po to, aby zostać artystą.

To wbrew pozorom martwy okres. Najgorszy. Ludzie trzymają się postanowień noworocznych, wykupują karnety na siłownie, chlają tylko w piątki i o połowę mniej, doczytują do połowy książki o harmonii, medytacji i pogodzeniu ze światem, odstawiają biały chleb. No i obiecują sobie, że nie będą wciągać. Robią sobie kompleksowe badania, detoksykację i hydrokolonoterapię. Z reguły lekarz mówi, że z sercem wszystko w porządku. Idą jeszcze parę razy na siłownię. Potem przychodzi początek lutego i wszystko wraca do normy. Zaczynają chlać, wciągać, zasypiać i pieprzyć się w taksówkach, tak jak robili to do tej pory.

Rozmowy, podczas których obie strony się boją, nie udają się nigdy.

Kłamię, bo nadepnęła mi na twarz, bo złamała mi nos. Kłamię, bo coś we mnie było, coś, o czym nie wiedziałem, a ona mi to zabrała. Kłamię, bo gdy zabrałem ją od mojego kolegi bankiera i zaprowadziłem do hotelu, i pieprzyłem ją tam bite dwa dni, już wtedy wiedziałem, że ona wchodzi mi pod skórę przez oczy, przez otwory w ciele, że będę o niej myślał wtedy, kiedy nie powinienem. Że będzie mnie rozpraszać. A ona jest świetna w rozpraszaniu, umie przekserować całą uwagę wyłącznie an siebie. W jej oczach jest coś smutnego, proszącego i zimnego. To, co na ekranie jest kiepskim aktorstwem, w rzeczywistości jest świetną manipulacją. Te oczy płaczą i zarabiają. Może za często do niej dzwoniłem. Może powiedziałem jej za wiele o sobie. Może popełniłem ten błąd, koszmarny błąd, przytulania się do niej w środku nocy i słuchania, jak oddycha. Może pozwoliłem sobie za bardzo przy niej odpoczywać. Może po raz pierwszy w życiu od czegokolwiek się uzależniłem.

Ludzie sypiają ze sobą, nic ekscytującego. Zdjąć przed kimś ubrania i położyć się na kimś, pod kimś lub obok kogoś to żaden wyczyn, żadna przygoda. Przygoda następuje później, jeśli zdejmiesz przed kimś skórę i mięśnie i ktoś zobaczy twój słaby punkt, żarzącą się w środku małą lampkę, latareczkę na wysokości splotu słonecznego, kryptonit, weźmie go w palce ostrożnie jak perłę i zrobi z nim coś głupiego, włoży do ust, połknie, podrzuci, zgubi. Potem, znacznie później, zostaniesz sam z dziurą jak po kuli i możesz wlać w tę dziurę mnóstwo cudzych ciał, substancji i głosów, ale nie wypełnisz, nie zamkniesz, nie zabetonujesz, nie ma chuja.

Ludzie przyzwyczajają się do wszystkiego. Do samotności, głodu, zimna, gówna, zasieków, śmierci. Aby to przetrwać, mają do dyspozycji fantazje, wizualizacje, wypieranie. Gdy człowiekowi nic innego nie zostaje, każdy potrafi zamknąć oczy i nakręcić w głowie setki wariantów jednego, oscarowego filmu ze sobą samym w roli głównej, a potem stanąć na niewidocznym podium: kochany, akceptowany, wygrany.

Ludzie siedzą w domach. Umierają w nich. Oglądają telewizję. Piją wódkę. Przystawiają żonom żelazka do twarzy. Biją dzieci. Potem te dzieci płaczą same, na klatkach schodowych. Niedługo potem zaczynają brać sterydy. Albo palić Brauna, by zasnąć. Bo wszyscy tutaj, i dzieci, i ich rodzice, śpią ciężko i źle.

Moja refleksja jest taka, że ludzie są popierdoleni.

Coraz bardziej zaczyna drapać ją jej własne nieszczęście. Coraz silniej zdaje sobie sprawę z tego, że ono nie odejdzie, może się najwyżej odrobinę wypolerować jak kamień, jak stary mebel; zacznie przyjaźnie śmierdzieć grzybem, zepsutym zębem, umierającym człowiekiem. Kobiety znoszą to o wiele gorzej, może dlatego, że w dzieciństwie składa im się znacznie większe obietnice szczęścia niż mężczyznom.

Niektórzy twierdzą, że handlarze heroiną to najgorsze kurwy. Że rzeczywiście handlują śmiercią, że namacalnie przykładają się do niszczenia cudzego życia. Jest w tym odrobina prawdy. Kokaina nie rujnuje ci pracy. Nie niszczy twojej rodziny. Nie wyprowadza cię ze świata tylnym wyjściem, nie pisze za ciebie pożegnań. Pozwala żyć, a nawet chwilowo ulepsza twoje funkcjonowanie, czyni je znośniejszym. Owszem, podpala twoje inhibitory serotoniny, ale nie podpala twojej duszy. Nie zamienia cie w trupa, nie usuwa ci zębów, nie zamienia ci żył w próchno. Niektórzy uważają, że handlarze heroiną są źli, zarażeni złem strażników z obozów koncentracyjnych. Ja nie jestem od tego, aby pisać komuś na czole wyraz ZŁY. Nie jestem od oznaczania kogokolwiek. Sprzedawcy Brauna przypominają mi małe gady. Tłuste, najedzone owadami, opite ich krwią. Leżące w gniazdach z brudnych pieniędzy. Bardzo spokojnie; handlarze heroiną są prawie tak spokojni jak ich klienci.

Hotele pachną złymi przygodami, tego zapachu nie przykryje żaden rozpylony po korytarzu odświeżacz powietrza.

Powinienem zakazać sobie dożywotnio wstępu do samego siebie.

Dzieci to dla mnie obce istoty. To niby-ludzie, ale w osobliwej wersji, pomniejszone i oszalałej. Nie mógłbym mieć dziecka. To jak mieć w domu gadającego psa. To specyficzna forma bycia zakładnikiem. Poza tym nie widzę najmniejszego sensu w tworzeniu nowych ludzi, skoro już od dawna wiadomo, że są wysoce niedoskonałym produktem.

Dzień nie jest dla Warszawy stanem naturalnym. Warszawa w dzień jest jak naga, zawstydzona, stara i brzydka kobieta.

Jeśli czegoś nienawidzę, to właśnie traktowania kobiet jak szmaty. Nie wiem, skąd to mam. Może to jedna z niewielu rzeczy, którą mojej matce udało mi się bardzo skutecznie wpoi. – Jak facet uderza kobietę, to zasługuje na karę śmierci – mówiła moja mama. Może być tak, że kobiety źle traktują tych mężczyzn, którzy nienawidzą, gdy źle się je traktuje. Może tak być, a może to po Prost głupie zdanie, takie, które mogłoby paść w złym polskim filmie, w scenie, gdy bohaterowie palą papierosy na jakimś balkonie, wpatrując się w Pałac Kultury i Nauki. Może w Każdym razie nienawidzę złego traktowania kobiet.

Ludzie uwielbiają być ranieni. Odruchowo i posłusznie idą tam, gdzie jest ból. Kojarzą go z bezpieczeństwem. Mylą z miłością. To nawet nie jest smutne, to banalne jak cykl dobowy i prawie wszyscy są do tego przyzwyczajeni.