Kochana mamusia – recenzja trzech pierwszych odcinków „The Act”

Powiedzieć o Dee Dee Blanchard, że jest dobrą matką to nie powiedzieć właściwie nic. Ta kobieta to anioł. Samotnie wychowuje córkę, jest dla niej matką, ojcem, przyjaciółką i lekarzem pierwszego kontaktu w jednym. Poświęca jej każdą sekundę swojego życia, ponieważ Gypsy nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować. Ilość chorób i dolegliwości z jakimi musi się mierzyć córka Dee Dee przekracza wszelkie wyobrażenia. Mała jeździ na wózku ze względu na dystrofię mięśniową, ma napady padaczki, jest uczulona na cukier, przyjmuje pokarm przez sondę, a nocą w oddychaniu pomaga jej specjalna aparatura. Dodatkowo cierpi na pogłębiające się wady wzroku i słuchu. Jeden moment nieuwagi opiekuńczej matki, a Gypsy mogłaby pożegnać się z życiem.

Dlatego też w Dee Dee wykształciła się hiperwrażliwość na każdą, choćby najmniejszą oznakę zagrożenia zdrowia Gypsy. Każdy siniak, zadrapanie czy kłucie w klatce piersiowej jest natychmiastowo konsultowane w szpitalu. Żeby tego było mało, hiperwrażliwość w połączeniu z doświadczeniem i precyzyjnymi obserwacjami, pozwala Dee Dee stawiać diagnozy, które bardzo często potwierdzane są przez wykwalifikowanych lekarzy.

Krzywda jaka spotkała Gypsy i heroizm Dee Dee są widoczne gołym okiem. Ludzie, którzy obserwują ich losy przy otwartych szeroko drzwiach, odczuwają podziw mieszający się z ogromną dawką współczucia. Dostrzegają rzecz jasna ból, zarówno jednej jak i drugiej, bo trudno o nim zapomnieć w takiej sytuacji, ale na pierwszy plan wysuwa się bezwarunkowa miłość, która łączy matkę z córką. Jak wielkie byłoby ich zdziwienie, gdyby mogli zobaczyć drastyczną zmianę rzeczywistości, która następuje zaraz po zamknięciu drzwi?

Na zewnątrz ideał, w środku prawdziwy potwór, który za wszelką cenę próbuje uzależnić od siebie Gypsy. Mimo, że dziewczyna jest już nastolatką, Dee Dee wciąż traktuje ją jak małe dziecko, przekonując wszystkich wokoło, że przez upośledzenie intelektualne ma ona mentalność ośmiolatki. Większość chorób dziewczyny to obrzydliwe kłamstwo. To wymyślona rzeczywistość, w której każdego dnia Gypsy otrzymuje końską dawkę leków, których wcale nie potrzebuje. To rujnuje jej zdrowie. Naiwna, bo przecież dziecięca, wiara w dobre intencje matki sprawia, że Gypsy nie widzi w wyimaginowanych dolegliwościach niczego podejrzanego. Jest przecież chora, a kochająca mamusia troszczy się o nią najlepiej jak tylko potrafi.

Zachowanie Dee Dee jest najprawdopodobniej spowodowane zastępczym zespołem Münchhausena. Kobieta celowo podtruwa swoją córkę, ponieważ chce czuć się potrzebna. Chce z niepohamowaną radością pluskać się w zainteresowaniu i współczuciu otoczenia. Nie liczą się dla niej konsekwencje, nie liczy się życie i zdrowie dziecka. Ważne, aby utrzymać toksyczną więź i nie pozwolić córce na choćby odrobinę samodzielności.

Relacja między matką i córką zaczyna się zmieniać w momencie, kiedy Gypsy odkrywa, że nie wszystko, co od najmłodszych lat mówiła jej mama jest prawdą.