Kartel Guadalajara

Lata 80-te. Meksyk. Pomiędzy kolumbijskimi fabrykami kokainy a amerykańskim rynkiem zbytu rodzi się imperium, które w niedalekiej przyszłości zajmie wyjątkowe miejsce na mapie narkotykowych szlaków. Rafael Caro Quintero, Ernesto Fonseca Carrillo i Miguel Ángel Félix Gallardo czyli „ojciec chrzestny” całego interesu, zakładają kartel Guadalajara.

Najtrudniej postawić pierwszy krok, sprzedać pierwszą działkę towaru, zorganizować pierwsze porwanie czy zabić pierwszego człowieka. Później nabiera się już wprawy, pewności siebie, która pozwala trzymać nerwy na wodzy. To z kolei umożliwia stawianie kolejnych kroków. Jeśli dorzuci się do tego sieć kontaktów, zdobytych dzięki pracy w policji, znajomość rynku i latynoską determinację, można przez przypadek stworzyć rzezimieszka, który po trupach będzie dążył do osiągnięcia swego celu. Narkotykowa historia Meksyku zna takiego zbira. Nazywa się Miguel Ángel Félix Gallardo.

Escobara znają już chyba wszyscy. Sam mam na półce trzy książki, opowiadające o jego losach. Kto natomiast słyszał o człowieku z Meksyku, który współpracował z kolumbijskim baronem i bardzo szybko wskoczył na szczyt narkotykowej hierarchii? Niepozorny i wycofany Gallardo, jak nikt inny potrafił robić interesy z największymi w branży i wykorzystywać okazje, które rzucał mu los. Kłopoty Escobara przekuwał w swoje małe zwycięstwa, a dzięki nim w bardzo krótkim czasie z pionka stał się najważniejszą figurą na planszy.

Gallardo korumpował państwowych polityków, przewodził wszystkim gangsterom liczącym się wówczas w Meksyku i zajmował się dystrybucją kolumbijskich narkotyków na niewyobrażalną skalę. I wszystko działałoby zgodnie z planem, gdyby nie jeden upierdliwy człowiek należący do DEA. Enrique Camarena – agent, który zinfiltrował kartel i stał się początkiem końca „ojca chrzestnego”.

Jakie to uczucie stracić inwestycję, która przynosi osiem miliardów dolarów zysku rocznie? Takie pytanie zadałbym Gallardo, gdybym mógł z nim dzisiaj porozmawiać. W 1984 roku właśnie dzięki informacjom zdobytym przez agenta Camarenę, meksykańscy żołnierze uszczuplili firmę Gallardo, niszcząc niezwykle rentowną plantację marihuany „Bufalo”. To był cios, którego Kartel Guadalajara wybaczyć nie mógł. Cyngle Gallardo przez rok próbowali dowiedzieć się, kto jest za to odpowiedzialny i w końcu trafili pod właściwy adres. Enrique Camarena został uprowadzony przez członków kartelu, brutalnie torturowany przez wiele godzin, a następnie zamordowany.

Mimo, że początkowo dzięki swoim ogromnym wpływom i znaczącemu wycofaniu się z biznesu Gallardo uniknął więzienia, został schwytany wiosną 1989 roku. Władze Meksyku oraz Stanów Zjednoczonych oskarżyły go wówczas o przemyt narkotyków, wymuszenia, haracze oraz śmierć agenta DEA. Został skazany na 40 lat pozbawienia wolności.

„Ojciec chrzestny” nie chciał jednak odpuścić. Starał się trzymać wszystko w ryzach i zarządzać organizacją zza więziennych murów. Wszystkie jego działania spaliły jednak na panewce w latach 90-tych. Gallardo stracił kontrolę nad narkotykowymi bossami, między których jeszcze na wolności podzielił strefy wpływów. W konsekwencji, doprowadziło to do meksykańskiej wojny narkotykowej, która co roku pochłania tysiące ofiar.

Źródło: Unsplash