Dom z papieru

Tokio, Berlin, Moskwa, Rio, Nairobi, Oslo, Helsinki oraz Denver. Osiem osób, które przy udziale tajemniczego Profesora przejęły madrycką mennicę i wprawiły w osłupienie całą Hiszpanię. Motyw przewodni? Rabunek. Skok na obrzydliwie wielką kasę. Na pierwszy rzut oka banalny i nieco oklepany pomysł, który dzięki hiszpańskim producentom zmienił się w serial naszpikowany emocjami, gdzie zwroty akcji występują nie w roli przystawki, ale jako danie główne. Dom z papieru to produkcja, która ściska za gardło, momentami tak mocno, że trudno napełnić płuca tlenem. Ma też niestety słabsze fragmenty, zwłaszcza w drugim sezonie, kiedy wdała się w niebezpieczny i szkodliwy dla niej romans z latynoskimi telenowelami.

Precyzyjnie skonstruowany plan, wyszkoleni ludzie, rozpracowane wszystkie możliwe scenariusze i mistrzowska manipulacja całym otoczeniem. Taką nieszablonową i nieprzewidywalną w skutkach broń stworzył człowiek, który za wszelką cenę chciał zrealizować abstrakcyjny plan swojego ojca. Bo czy można wtargnąć do mennicy, przez kilka długich dni drukować tam pieniądze, a na koniec zniknąć niezauważonym? Nie jest to kaszka z mleczkiem, aczkolwiek ludzie Profesora nie oddadzą się tak łatwo w ręce policji, nawet jeśli funkcjonariusze grzecznie i uprzejmie poproszą.

Jak zrobić dobry serial? Wrzuć widza w oko cyklonu i daj mu gwarancję, że to dopiero preludium tego, co może znaleźć w menu. Dodaj oryginalny scenariusz, zmieszaj to ze świetnie zagranymi postaciami, a następnie przypraw kilkoma cliffhangerami. I pierwszy sezon La Casa De Papel właśnie tak smakował. Dobrze skomponowana potrawa, która zaskakiwała podniebienie, nieustannie pobudzając apetyt. Oglądając trzynasty (ostatni) odcinek pierwszej serii, mimo że serial trafił w moje gusta i pobudził znaczną część kubków smakowych, miałem nadzieję, że zamknie się w jednym sezonie. Stworzyłby wówczas świetną historię, która po czasie stałaby się kultowa, a pozostawiony niedosyt byłby elementem, o którym rozmawialiby wszyscy uzależnieni od seriali pytając „DLACZEGO TAK?”. Ktoś miał jednak inny plan i postanowił, że losy dziewiątki przestępców nie skończą się tak szybko. I tu zaczęły się schody.

Im bliżej finału, tym scenariusz stawał się coraz bardziej naciągany. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że twórcy gdzieś się po drodze zgubili i nie bardzo wiedzą jak trafić do zakończenia, które sobie wymyślili. Bohaterowie niby ci sami, operacja pt. „zgarnąć miliony” w toku, a jakoś przestało iskrzyć. Ogień serialu skutecznie ugaszał również wątek miłosny jednej z par, który bez najmniejszych problemów mógłby znaleźć się w scenariuszu Mody na sukces czy tasiemców rodem z Ameryki Południowej. Szkoda, że w drugiej części zabrakło polotu i konsekwencji w budowaniu naprawdę dobrej opowieści.

Zapominając jednak na chwilę o wszystkich minusach, muszę przyznać, że już dawno żaden serial nie zaintrygował mnie tak mocno jak właśnie Dom z papieru. Zarywałem nocki, rezygnowałem z upojnej drzemki w komunikacji miejskiej i odmawiałem wyjścia na piwo, bo chciałem jak najszybciej dowiedzieć się czy ludzie Profesora zgarną wymarzone miliony, czy może jednak wylądują w więzieniu na długie lata. Dom, mimo że z papieru posiada wyjątkowe właściwości magnetyczne. Naprawdę trudno się oderwać.

Źródło: Netflix